Magdalena Błasik o food truckach na granicy. Ruszyła lawina pomocy! Magdalena Błasik o food truckach na granicy. Ruszyła lawina pomocy!

Magdalena Błasik o food truckach na granicy. Ruszyła lawina pomocy!

Autor: Anna Wrona Data: 02 marca 2022 12:36

Pomoc żywnościowa na granicy z Ukrainą działa pełną parą. O wsparciu i współdziałaniu w Dorohusku opowiada nam Magdalena Błasik z Food To Go - food trucka, który jako jeden z pierwszych stanął na granicy z bezpłatną pomocą żywnościową dla uchodźców.

Food trucki z pomocą żywnościową

Food trucki organizują pomoc żywnościową na granicy z Ukrainą. Rozdają m.in. ciepłe posiłki i słodycze. O pierwszych dniach opowiada nam Magdalena Błasik z food trucka Food To Go, który jako jeden z pierwszych food trucków był na miejscu z pomocą. (Zob. Food trucki pomagają na granicy z Ukrainą).

– Odkąd zaczęła się wojna i widziałam tę tragedię w telewizji, bardzo chcieliśmy pomóc. Zadzwoniła do mnie Iza Skoczek ze Street Food Polska, prosząc w imieniu koordynatorki z Dorohuska o pomoc na przejściu granicznym z Ukrainą, gdzie stały zmarznięte i głodne matki z dziećmi. Pomyślałam, że pojedziemy z mężem we dwoje, ugotuję kilka garnków zupy i tak pomogę – mówi Magdalena Błasik.

Zakres pomocy okazał się jednak dużo, dużo większy niż tylko ugotowanie zupy. Wszystko dzięki zaangażowaniu przyjaciół, znajomych, sąsiadów, znajomych znajomych, a także innych, całkiem nieznanych osób z całej Polski, którzy dowiedzieli się o akcji z mediów społecznościowych, m.in. za pośrednictwem postów na facebooku Michała Skoczka ze Street Food Polska.

– Mój mąż zadzwonił do swoich przyjaciół i sąsiadów, mówiąc, że jedziemy na granicę. Michał Skoczek ze Street Food Polska nagłośnił, że będziemy karmić uchodźców. I ruszyła lawina! To było nie do uwierzenia! Ludzie ruszyli z pomocą. Nie tylko nasi przyjaciele, sąsiedzi, znajomi znajomych, ale także nieznajomi z całej Polski, udostępniając nam wszystko: mrożonki na zupy, słodycze kupione dla dzieci, co tylko mogli. Ludzie dzwonili, pytali, czego nam potrzeba. Przyjeżdżali do nas z pełnymi bagażnikami. Cały czas otrzymujemy telefony z propozycją pomocy i kierujemy ją dalej. Nasi sąsiedzi pojechali do hurtowni i nakupowali produktów na grochówkę, żurek, bigos. Dostarczyli nam setki usmażonych naleśników z serem, domowe ciasta i bułki… Nieznajomi przekazywali nam pełne wózki produktów w hurtowni. Nie sposób wymienić wszystkich, którzy pomogli – mówi Magdalena Błasik.

Polska pomoc żywnościowa na granicy dla uchodźców z Ukrainy w Dorohusku ruszyła bardzo szybko. Na początku były to głównie pączki i soczki, ale i te niewielkie dary przyjmowane były z olbrzymią wdzięcznością i radością. Dzieci po wielogodzinnym staniu w kolejkach cieszyły się ze zwykłego pączka. Matki płakały, mogąc w końcu dać coś do jedzenia swoim dzieciom. Organizatorzy zapewnili banery, że jedzenie jest bezpłatne. Niektórzy jednak i tak pytali, czy mogą zapłacić.

– Robiliśmy paczuszki i dawaliśmy każdemu. Wyjaśnialiśmy wszystkim, że pomoc jest darmowa. Syn na translatorze tłumaczył, że wszystko, co mamy, rozdajemy za darmo – podkreśla Magdalena Błasik.

Jak dodaje, niektórzy docierali potwornie głodni. Stali 20-30 godzin przed granicą. Opowiadali swoje historie o tym, jak musieli opuścić domy.

– Staliśmy po polskiej stronie od soboty, przy samych szlabanach, w miejscu, gdzie ludzie wysiadali z autobusów. Mieliśmy sprzęt na gaz, ale musieliśmy zorganizować agregat prądotwórczy. Ktoś nam go przywiózł. Dostawaliśmy wszystko, co było na bieżąco potrzebne. Gotowaliśmy, podgrzewaliśmy kaszki i słoiczki dla maluszków, robiliśmy proste hot dogi z kupionych w hurtowni parówek. Rozdawaliśmy słoiki z bigosami, domowe chałki, drożdżówki, dżemy, smalce, które przywieźliśmy od naszych sąsiadów. Okoliczni mieszkańcy donosili jedzenie. Kupowali w Żabce wrapy i hamburgery, które my odgrzewaliśmy na naszych płytach grillowych. Nie umiem nawet wszystkiego wymienić. Towar nam się skończył o godz. 22. Wydaliśmy wszystko. Oddaliśmy resztę jednorazowych opakowań tym, którzy zostali. Jak odjeżdżaliśmy, był jeszcze drugi food truck - Primo. Na miejsce przyjechały kolejne. Cały czas coś się tam dzieje – mówi Magdalena Błasik.

Chęć pomocy dla Ukrainy jest olbrzymia. To nie tylko food trucki, które mają możliwość przygotowania na miejscu ciepłych dań. Ludzie organizują się i jadą pomagać, jak tylko mogą. Zgłaszają się, pośredniczą, koordynują, robią sobie zmiany.

– Na granicy jest też np. moja siostra cioteczna, Edyta, która na co dzień pracuje w restauracji. Gotuje tam zupy i codziennie jeździ na granicę i dworce, karmiąc uchodźców. Ma przepustkę, może przejść przez szlaban. Chodzi z dużym termosem na 50 l zupy i wydaje gorący posiłek też pod drugiej stronie – dodaje Magdalena Błasik.

– My daliśmy swój czas i food trucka. Resztę dostaliśmy od ludzi. Jesteśmy dumni ze wszystkich, który byli z nami, pomagali, wspierali, z moich synów, którzy pojechali razem z nami. Nie podziękowałam imiennie konkretnym ludziom, ani firmom, bo bałam się, że kogoś pominę – przyznaje Magdalena Błasik z food trucka Food To Go.

Obecnie sytuacja pomocy żywnościowej na granicy z Ukrainą jest opanowana. Na miejscu jest dużo pomocy, darów i wolontariuszy. Uchodźcy potrzebują m.in. naładowanych telefonów, żeby zadzwonić do swoich bliskich, którzy na nich czekają w Polsce. Każdy, kto wychodzi z autobusu, jest nakarmiony. Z całej Polski dojeżdżają kolejne food trucki. Mało tego, pomoc jest tak duża, że miejscami robią się zatory i kolejki. Dlatego, chcąc pomóc, warto najpierw zgłosić się do koordynatorów, którzy wiedzą na bieżąco, gdzie są braki i czego potrzeba. O sytuacji na bieżąco informuje m.in. Street Food Polska.

Podobał się artykuł? Podziel się!

dodaj komentarz